Poczucie niesprawiedliwości – emocja, która potrafi zniszczyć relacje

Poczucie niesprawiedliwości – emocja, która potrafi zniszczyć relacje

Część I: Geneza i dynamika emocjonalnej trucizny, czyli skąd się bierze poczucie niesprawiedliwości i dlaczego tak bardzo rani

Poczucie niesprawiedliwości jest jedną z najbardziej destrukcyjnych emocji, jakie mogą wkraść się do relacji międzyludzkich. W przeciwieństwie do złości, która bywa gwałtowna, ale często krótkotrwała, czy smutku, który może nas do kogoś zbliżyć, niesprawiedliwość działa jak trucizna o przedłużonym uwalnianiu. Sączy się powoli, ale systematycznie, zatruwając stopniowo wszystkie obszary związku, aż w końcu doprowadza do jego całkowitego rozkładu. Aby zrozumieć, dlaczego ta konkretna emocja ma tak niszczycielską moc, musimy najpierw przyjrzeć się jej psychologicznej naturze i mechanizmom, które sprawiają, że potrafi ona przetrwać lata, a nawet dekady, nie tracąc nic ze swojej intensywności.

W ujęciu psychologicznym poczucie niesprawiedliwości nie jest prostą, jednorodną emocją, ale złożonym stanem, na który składają się komponenty emocjonalne, poznawcze i behawioralne. Jest to reakcja na sytuacje, które w naszej subiektywnej ocenie naruszają nasze prawa, normy moralne lub fundamentalne oczekiwania wobec świata i innych ludzi . Kluczowe jest tutaj słowo „subiektywnej” – to, co dla jednej osoby będzie drobnym, nieistotnym incydentem, dla innej może stać się źródłem życiowego kryzysu i przewlekłej frustracji. Ta sama sytuacja – na przykład partner, który zapomina o rocznicy ślubu – przez jedną osobę zostanie zinterpretowana jako zwykłe roztargnienie, przez drugą zaś jako dowód na to, że jest nieważna, niekochana i systematycznie lekceważona. To właśnie ta interpretacja, a nie sam fakt, decyduje o sile i trwałości emocjonalnej reakcji .

W relacjach partnerskich poczucie niesprawiedliwości najczęściej rodzi się z doświadczenia nierównowagi. Może to być nierównowaga w podziale obowiązków domowych, która – choć z pozoru błaha – dla osoby czującej się przeciążoną staje się symbolem braku szacunku i partnerskiego traktowania . Może to być nierównowaga w dawaniu i otrzymywaniu wsparcia emocjonalnego, kiedy jedna ze stron czuje, że to ona nieustannie wysłuchuje, pociesza i współczuje, podczas gdy jej własne potrzeby pozostają niezauważone. Może to być wreszcie nierównowaga w zaangażowaniu, w podejmowaniu decyzji, w trosce o relację. Gdy pojawia się przekonanie, że wkładamy w związek więcej, niż z niego otrzymujemy, gdy zaczynamy prowadzić w myślach wewnętrzny rejestr krzywd i niedopatrzeń, wkraczamy na niebezpieczną ścieżkę, która nieuchronnie prowadzi do emocjonalnej katastrofy.

Co ciekawe, jak zauważa autor bloga Neurointuicja, w pewnym sensie poczucie niesprawiedliwości jest konstruktem naszego umysłu, który ma nas mobilizować do działania, a nie pogrążać w bezruchu . Z perspektywy ewolucyjnej emocja ta pełni funkcję sygnalizacyjną – informuje nas, że nasze granice zostały naruszone, że dzieje się coś, co zagraża naszej pozycji w grupie lub naszym zasobom. Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast być impulsem do konstruktywnej zmiany, staje się stanem permanentnym, w którym tkwimy latami, karmiąc się własnym żalem i pretensjami. Wtedy, jak trafnie ujmuje to autor, „użalając się nad wmawianą sobie samemu, przez siebie samego, coraz bardziej i z przekonaniem niesprawiedliwością tracisz tylko Ty – chyba, że bliscy na to patrzą, to też uprzykrzasz im życie” . To kluczowa obserwacja – poczucie niesprawiedliwości rzadko pozostaje problemem wyłącznie jednostki. Przenosi się ono na relacje z najbliższymi, zatruwając atmosferę i stopniowo oddalając od siebie ludzi, którzy mogliby być źródłem wsparcia.

Szczególnie podatne na przewlekłe doświadczanie niesprawiedliwości są osoby, które w dzieciństwie miały wykształcone określone schematy poznawcze. Jeśli ktoś dorastał w poczuciu, że świat jest miejscem niesprawiedliwym, że trzeba nieustannie walczyć o swoje, że inni mają lepiej i łatwiej, to w dorosłości będzie nieświadomie poszukiwał potwierdzenia tych przekonań . Jego mózg, kierując się mechanizmem potwierdzenia, będzie wyławiał z rzeczywistości głównie te sygnały, które pasują do wewnętrznego scenariusza, ignorując te, które mogłyby go podważyć. W efekcie taka osoba będzie doświadczać niesprawiedliwości nawet tam, gdzie obiektywnie jej nie ma, a jej reakcje będą nieproporcjonalne do sytuacji, co z kolei będzie prowadzić do konfliktów i faktycznego potwierdzenia jej pierwotnych obaw. To błędne koło, z którego trudno się wyrwać bez głębokiej, terapeutycznej pracy nad sobą .

W kontekście portali randkowych i wczesnych faz znajomości, poczucie niesprawiedliwości może pojawić się błyskawicznie i mieć ogromną siłę rażenia. Wystarczy, że ktoś, z kim wymieniliśmy wiele obiecujących wiadomości, nagle znika bez słowa. Albo że po udanej randce druga strona nie wykazuje inicjatywy, by umówić się ponownie. Albo że okazuje się, iż nasz rozmówca jednocześnie spotyka się z kilkoma innymi osobami. W takich sytuacjach łatwo o myślenie w kategoriach krzywdy – „jak on mógł mi to zrobić?”, „zmarnował mój czas i emocje”, „traktuje mnie przedmiotowo”. To zrozumiałe, że takie sytuacje bolą. Problem zaczyna się wtedy, gdy to poczucie niesprawiedliwości przenosimy na kolejne znajomości, gdy zaczynamy widzieć w każdym nowo poznanym człowieku potencjalnego krzywdziciela, a w każdej niejednoznacznej sytuacji – potwierdzenie, że świat relacji jest z gruntu niesprawiedliwy. To postawa, która skutecznie uniemożliwia budowanie jakiejkolwiek autentycznej bliskości.

W drugiej części artykułu przyjrzymy się temu, jak poczucie niesprawiedliwości niszczy relacje od środka, jakie mechanizmy obronne uruchamia u osób, które czują się skrzywdzone, oraz – co najważniejsze – jak można sobie z tą destrukcyjną emocją radzić, by nie dopuścić do tego, by zniszczyła to, co naprawdę wartościowe.

Część II: Mechanizmy niszczenia i drogi wyjścia, czyli jak uchronić relację przed trucizną żalu i pretensji

Kiedy poczucie niesprawiedliwości zadomowi się w relacji na dobre, zaczyna działać jak kwas, który powoli, ale systematycznie trawi wszystkie spoiwa łączące dwoje ludzi. Pierwszym, co ulega zniszczeniu, jest zaufanie. Jak tu ufać komuś, kto naszym zdaniem systematycznie nas krzywdzi, wykorzystuje, nie docenia? Jak otworzyć się przed kimś, kogo postrzegamy jako źródło niesprawiedliwości? Zaufanie ustępuje miejsca czujności, a ta z czasem przeradza się w permanentną podejrzliwość. Każde działanie partnera, nawet najbardziej neutralne, zaczyna być interpretowane przez pryzmat doznawanej krzywdy. Jeśli zapomni o czymś ważnym, to nie jest zwykłe roztargnienie, ale dowód na to, że mu nie zależy. Jeśli spędzi wieczór z przyjaciółmi, to nie jest naturalna potrzeba kontaktów towarzyskich, ale celowe odtrącanie i ignorowanie. Ten filtr percepcyjny, raz uruchomiony, sprawia, że partner nie ma szans na obronę – cokolwiek zrobi, i tak zostanie to uznane za potwierdzenie naszych najgorszych podejrzeń.

Kolejnym etapem jest eskalacja konfliktów i pojawienie się tak zwanych „kłótni o byle co” . Z pozoru drobne sprawy – nieumyte naczynia, pozostawione światło, nieodebrany telefon – stają się pretekstem do wielkich awantur, ponieważ w rzeczywistości wcale nie chodzi w nich o naczynia czy telefon. Chodzi o nagromadzone przez miesiące lub lata poczucie niesprawiedliwości, które szuka ujścia. Jak piszą autorzy portalu Mentali, „często takie błahostki kumulują się, prowadząc do eskalacji konfliktu. Warto w takich sytuacjach zastanowić się, co naprawdę jest powodem frustracji. Może okazać się, że chodzi o niewypowiedziane oczekiwania, poczucie zaniedbania lub brak wsparcia” . Problem w tym, że w ferworze kłótni rzadko kto ma dystans, by zadać sobie te pytania. Zamiast tego obie strony coraz bardziej utwierdzają się w przekonaniu o własnej racji i niesprawiedliwości, jakiej doznają ze strony partnera.

W tym miejscu warto odwołać się do koncepcji emocjonalnej ambiwalencji, która zakłada, że w bliskich związkach sprzeczne uczucia – miłość i nienawiść, bliskość i dystans, wdzięczność i żal – mogą koegzystować obok siebie, tworząc skomplikowaną sieć emocji . Osoba, która czuje się niesprawiedliwie traktowana przez partnera, wciąż może go kochać, może pragnąć jego bliskości, ale jednocześnie każdy przejaw tej bliskości jest zatruty goryczą. To stan niezwykle wyczerpujący, bo wymaga nieustannego żonglowania sprzecznościami i radzenia sobie z wewnętrznym dysonansem. Jedną ze strategii radzenia sobie z tym dysonansem jest właśnie eskalacja konfliktów – w gniewie łatwiej o jednoznaczność, łatwiej zapomnieć o miłości i skupić się wyłącznie na doznawanej krzywdzie.

W psychologii mówi się także o zjawisku „przeniesienia” i „dysfunkcyjnych schematach myślenia”, które są aktywowane w sytuacjach konfliktowych . Jeśli w dzieciństwie doświadczyliśmy, że miłość jest warunkowa i zależy od naszego zachowania, możemy nieświadomie przenosić ten schemat na dorosłe relacje. Każde nieporozumienie, każda sytuacja, w której partner nie spełnia naszych oczekiwań, staje się wtedy potwierdzeniem, że znowu musimy na miłość zasłużyć, że znowu jesteśmy oceniani i że ta ocena jest niesprawiedliwa. Uruchamia to mechanizmy obronne – możemy atakować, by uprzedzić cios, albo wycofywać się, by nie narażać na kolejne zranienie. W obu przypadkach oddalamy się od partnera i utrwalamy swoje przekonanie o niesprawiedliwości świata.

Jak zatem przerwać to błędne koło? Jak uchronić relację przed destrukcyjnym działaniem poczucia niesprawiedliwości? Pierwszym i fundamentalnym krokiem jest uświadomienie sobie, że to, co czujemy, jest w dużej mierze naszą interpretacją, a nie obiektywnym faktem. Jak pisze Łukasz z bloga Neurointuicja, „nie ma tak naprawdę czegoś takiego jak sprawiedliwość i niesprawiedliwość. To jest twór naszych umysłów oraz emocji” . To nie znaczy, że nasze uczucia są nieprawdziwe czy nieuzasadnione. Oznacza to jedynie, że mamy na nie wpływ – że możemy nauczyć się je rozpoznawać, nazywać i, co najważniejsze, kwestionować automatyczne myśli, które za nimi stoją. Zamiast myśleć „on zawsze mnie lekceważy”, warto zapytać: czy faktycznie zawsze? Czy są sytuacje, w których było inaczej? Czy to, co odczytuję jako lekceważenie, na pewno nim jest, czy może wynika z innych przyczyn – zmęczenia, roztargnienia, odmiennego sposobu okazywania uczuć?

Kolejnym krokiem jest nauka konstruktywnej komunikacji, a zwłaszcza używanie tak zwanych komunikatów „ja” . Zamiast mówić „ty zawsze zapominasz o naszych umówionych spotkaniach”, co jest oceną i oskarżeniem, można powiedzieć „kiedy zapominasz o naszym spotkaniu, czuję się smutna i nieważna, bo zależy mi na tym, byśmy spędzali czas razem”. Ta zmiana perspektywy – z oskarżania na wyrażanie własnych uczuć i potrzeb – jest kluczowa. Nie gwarantuje, że partner od razu zmieni swoje zachowanie, ale diametralnie zmienia atmosferę rozmowy. Zamiast walczyć na argumenty, zaczynamy się wzajemnie słuchać i rozumieć. Zamiast udowadniać swoją rację, zaczynamy szukać rozwiązań, które uwzględniają potrzeby obu stron.

Ważnym elementem jest także umiejętność zatrzymania się w momencie, gdy emocje zaczynają brać górę  . John Gottman, badacz relacji, udowodnił, że kiedy układ nerwowy jest w stanie silnego pobudzenia, nasza zdolność do racjonalnego myślenia i empatii dramatycznie spada. W takim momencie lepiej powiedzieć „potrzebuję przerwy, wrócimy do tej rozmowy za pół godziny” niż kontynuować dyskusję, która i tak nie ma szans zakończyć się dobrze. Ta przerwa nie jest ucieczką, ale świadomą regulacją własnych emocji. W tym czasie warto zająć się czymś, co nas uspokaja – głębokim oddechem, krótkim spacerem, zimnym prysznicem – byle nie analizować w kółko win partnera, bo to tylko dolewa oliwy do ognia .

Psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz zwraca uwagę na jeszcze jeden, niezwykle istotny aspekt – umiejętność dotarcia do emocji pierwotnych, które kryją się pod złością i poczuciem niesprawiedliwości . Kiedy krzyczymy na partnera, że znowu się spóźnił, pod tą złością często leży lęk, że jesteśmy dla niego nieważni, że nas lekceważy, że nie jesteśmy kochani tak, jakbyśmy tego chcieli. Jeśli uda nam się dotrzeć do tego lęku i powiedzieć o nim wprost, zamiast krzyczeć o spóźnienie, nasz komunikat staje się znacznie trudniejszy do odrzucenia. „Martwię się, kiedy późno wracasz i nie dajesz znaku życia” – to zdanie ma zupełnie inną moc niż „znowu się spóźniłeś, nigdy nie można na tobie polegać”. To pierwsze zaprasza do bliskości, to drugie – do wojny.

Wreszcie, w przypadku głęboko zakorzenionego, przewlekłego poczucia niesprawiedliwości, które zatruwa relację od lat, warto rozważyć pomoc profesjonalną – terapię indywidualną lub terapię par  . Czasem potrzebujemy kogoś z zewnątrz, kto pomoże nam nazwać nasze schematy, zrozumieć ich źródło i nauczyć się nowych, zdrowszych sposobów funkcjonowania w relacji. Praca nad sobą nie jest oznaką słabości, ale dowodem dojrzałości i gotowości do walki o to, co naprawdę ważne. Bo ostatecznie, jak piszą autorzy z Welovelife, „konflikt nie jest »dowodem na to, że coś z nami jest nie tak«, ale raczej sygnałem, że pewne potrzeby nie zostały zauważone lub nazwane. Traktowanie go jako informacji zwrotnej, a nie jako zagrożenia, stanowi pierwszy krok do budowania dojrzalszej i bardziej odpornej na kryzysy relacji” .

Poczucie niesprawiedliwości może zniszczyć nawet najpiękniejsze relacje, jeśli pozwolimy mu rosnąć i rozwijać się bez kontroli. Ale może być też początkiem głębokiej, uzdrawiającej rozmowy, jeśli tylko znajdziemy w sobie odwagę, by spojrzeć na nie jak na sygnał, a nie jak na wyrok. To od nas zależy, którą drogę wybierzemy.

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *