Nie jestem wystarczający – skąd się bierze wewnętrzny krytyk i jak go uciszyć

Nie jestem wystarczający – skąd się bierze wewnętrzny krytyk i jak go uciszyć

„Nie jestem wystarczający” – to jedno z najbardziej bolesnych przekonań, jakie mogą zagnieździć się w ludzkiej psychice. Nie mówi ono tylko o chwilowym braku wiary w siebie, ale o głęboko zakorzenionym przeświadczeniu, że coś jest ze mną nie tak, że czegoś mi brakuje, że nie zasługuję, nie dorastam, nie spełniam oczekiwań. W tle tego myślenia zawsze czai się wewnętrzny krytyk – głos, który podważa każdy sukces, wyolbrzymia każdą porażkę, porównuje do innych i zawsze znajduje powód, by odebrać spokój. Ten głos nie krzyczy – on szepcze. Bywa tak dobrze zakamuflowany, że z czasem uznajemy go za część własnej osobowości, za prawdę o sobie, której nie sposób podważyć.

Wewnętrzny krytyk nie bierze się znikąd. Zazwyczaj rodzi się w relacji z ważnymi postaciami z naszego dzieciństwa – z rodzicami, opiekunami, nauczycielami. Dziecko, które słyszy, że powinno się bardziej starać, że ciągle coś robi źle, że jego emocje są przesadne, że nie może zawieść, uczy się patrzeć na siebie przez pryzmat oceny. Zamiast budować zdrowe poczucie własnej wartości, zaczyna tworzyć filtr, przez który analizuje każdą swoją decyzję, słowo i działanie. Kiedy ten filtr się utrwala, wewnętrzny krytyk staje się stałym towarzyszem życia.

Ten głos potrafi być niezwykle przekonujący. Mówi: „Nie powinieneś się tak czuć”, „Inni robią to lepiej”, „Znowu zawiodłeś”, „Gdybyś był lepszy, to by ci się udało”. Czasem przybiera pozór rozsądku, udaje troskę, przekonuje, że chce nas zmotywować. Ale prawdziwa motywacja nie rodzi się ze wstydu i lęku. Wewnętrzny krytyk nie zachęca do rozwoju – on paraliżuje. Każe się ukrywać, unikać błędów, nie podejmować ryzyka. Zamiast prowadzić do spełnienia, zamyka nas w klatce wiecznego niedosytu.

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że głos wewnętrznego krytyka brzmi jak nasz własny. Nie pojawia się jako obca myśl, tylko jako coś absolutnie naturalnego. Przez lata oswajamy się z jego obecnością do tego stopnia, że przestajemy dostrzegać, że to tylko głos – nie prawda. Kiedy coś się nie udaje, automatycznie obwiniamy siebie. Kiedy ktoś nas skrytykuje, potwierdzamy w myślach: „Wiedziałem, że jestem beznadziejny”. Nawet gdy odniesiemy sukces, ten głos znajdzie sposób, by nas umniejszyć – „To było szczęście”, „Na pewno się pomylili”, „Nie zasłużyłem”.

Wewnętrzny krytyk nie zna współczucia. Nie potrafi powiedzieć „to było trudne, ale dałeś radę”. Jego narracja opiera się na perfekcjonizmie, strachu i warunkowej wartości. Człowiek, który przez długi czas żyje pod jego wpływem, zaczyna mieć poczucie, że musi nieustannie udowadniać swoją wartość – innym, ale przede wszystkim sobie. Nawet chwile odpoczynku są podszyte niepokojem, bo przecież można by zrobić więcej, lepiej, szybciej. Wewnętrzny krytyk nie daje odpocząć, nie pozwala na błąd, nie daje przestrzeni do bycia człowiekiem.

Uczenie się, jak uciszyć ten głos, nie polega na jego wymazaniu. On będzie wracał – szczególnie w momentach stresu, porażki, niepewności. Kluczem nie jest jego całkowite wyciszenie, ale nauczenie się, jak nie pozwolić mu przejmować sterów. To jak jazda z pasażerem, który nieustannie podważa nasze decyzje – nie musimy go wyrzucać z samochodu, ale możemy przestać słuchać jego instrukcji. Możemy nauczyć się oddzielać jego głos od własnej tożsamości, zauważać, kiedy się odzywa, i reagować na niego z większą świadomością, a nie automatycznie.

Pierwszym krokiem jest rozpoznanie, kiedy głos krytyka się aktywuje. To może być chwila, kiedy popełniamy drobny błąd i nagle czujemy się, jakbyśmy przegrali całe życie. Albo gdy ktoś wyrazi nawet łagodną niezgodę, a w nas uruchamia się lawina wstydu i potrzeba usprawiedliwienia. To również te momenty, kiedy nie pozwalamy sobie na sukces, bo wydaje się nam, że jeszcze nie zasługujemy. Każdy z tych sygnałów to znak, że to nie my sami przemawiamy do siebie, ale stary, wyuczony głos, który nie został zweryfikowany.

Z czasem można nauczyć się patrzeć na tego wewnętrznego krytyka z dystansu. Wiele osób zauważa, że gdyby mieli mówić do swoich przyjaciół tak, jak mówią do siebie w myślach, to straciliby wszystkie relacje. To jedno z najprostszych ćwiczeń świadomości: czy powiedziałbyś to samo swojemu przyjacielowi? Gdy odpowiedź brzmi „nie”, to znak, że coś tu nie gra. Troska wobec innych wydaje się naturalna, ale troska wobec siebie – już nie. Wewnętrzny krytyk korzysta z tej luki, bo wie, że łatwiej nami manipulować, kiedy nie umiemy się przed nim obronić.

Ważną częścią tego procesu jest również uświadomienie sobie, że głos wewnętrznego krytyka to często echo cudzych słów. Może to być ton matki, która ciągle poprawiała. Ojca, który wymagał więcej, niż dziecko mogło dać. Nauczyciela, który upokarzał. Albo społeczeństwa, które narzucało nierealistyczne standardy. Ten głos w nas powtarza tylko to, co kiedyś usłyszeliśmy, ale nie nauczyliśmy się odrzucać. On nie jest pierwotny – został w nas zapisany i tylko od nas zależy, czy nadal będzie miał dostęp do mikrofonu.

Uczenie się współczucia wobec siebie nie jest procesem łatwym, szczególnie jeśli przez całe życie słyszeliśmy, że trzeba być twardym, odpornym, bezbłędnym. Ale prawdziwa siła nie polega na nieustannym poprawianiu siebie. Polega na gotowości, by zobaczyć siebie z całą swoją kruchością, nieporadnością, zmiennością – i powiedzieć „to w porządku”. To nie oznacza rezygnacji z rozwoju. Oznacza przyjęcie człowieczeństwa jako bazy, a nie jako przeszkody. Wewnętrzny krytyk nienawidzi tego podejścia, bo nie ma wtedy już nad nami władzy.

Głos wewnętrznego krytyka może osłabnąć, gdy zaczniemy wzmacniać inne wewnętrzne głosy – głos życzliwości, cierpliwości, odwagi. One też w nas są, choć często uciszone przez lata samooceny i porównań. Można je przywracać do życia przez małe gesty – zauważenie, że coś mi się udało. Powstrzymanie się od surowego komentarza, gdy coś nie wyjdzie. Pozwolenie sobie na odpoczynek bez poczucia winy. Te drobne zmiany budują nową relację z samym sobą – relację, w której jest więcej miejsca na oddech i mniej na karę.

Wewnętrzny krytyk lubi milczenie. Rozwija się w ukryciu, działa najlepiej, gdy nie jesteśmy świadomi jego obecności. Dlatego tak ważna jest rozmowa – z samym sobą, z innymi, z terapeutą, z kimkolwiek, kto pomoże zobaczyć, że to, co uznawaliśmy za prawdę, może być tylko nawykiem myślenia. Mówienie o swoich lękach, wątpliwościach i kompleksach oswaja je. A to, co oswojone, przestaje być tak straszne. Wewnętrzny krytyk nie znosi światła – gdy zaczynamy nazywać jego słowa i podważać je, traci na sile.

Nie jesteśmy swoimi myślami. Nie jesteśmy tym, co mówiono nam w dzieciństwie. Nie jesteśmy swoją ostatnią porażką. Jesteśmy dynamicznymi, złożonymi istotami, które mają prawo do błędu, słabości, niezdecydowania. I które mają też zdolność, by siebie chronić – także przed tym wewnętrznym głosem, który przez lata udawał prawdę.

To, że czasem czujesz się niewystarczający, nie oznacza, że taki jesteś. To znaczy tylko tyle, że nauczyłeś się siebie tak postrzegać. Ale każdej nauki można się oduczyć. A nowe spojrzenie – pełne szacunku, wyrozumiałości i czułości wobec siebie – to nie słabość, lecz jedna z największych życiowych odwagi.

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *